czwartek, 22 styczeń 2009
Ciao a tutti
Ogólnie tak sobie pomyślałem (a może już o tym myślałem wcześniej i już to napisałem, niestety człowiek już stary i zgrzybiały i ma dziury w pamięci no i ta skleroza starcza jeszcze, no ale wracając do tematu...), że co ja będę opisywał co ciekawego się dzieje na studiach, no bo co się może dziać. 3 miesiące opieprzania się, imprezowania etc i potem 3 tygodnie zapierdalania przed i do sesji. Tak samo było w tym semestrze, który właśnie dobiega końca. jedyna nowością jeżeli chodzi o moją osobę jest to, że mam pierwszy przedmiot w plecy, a dokładnie ćwiczenia z Mechaniki 2. Nie jest to powód do dumy, ale też nie ma sensu tego ukrywać. Za rok kurs powtórkowy i mam nadzieję, że zaliczę za drugim podejściem. No i że to będzie moja jedyna powtórka na tych studiach. Reszta póki co się zalicza lepiej lub gorzej, ale jednak do przodu.
Ale miałem napisać coś sensownego, a nie bredzić znowu o mojej codzienności xP.
Ostatnio sporo obserwowałem ludzkie zachowanie. Okres sesyjny sprzyja nerwowej atmosferze, przez co ludzie mniej się kontrolują i są bardziej podatni na to co przynosi otoczenie. wiele spraw można uznać za normalne, ale tak tu juz ze mną, że to co wydaje się dla jednych normalne, dla mnie jest albo świetne, albo wnerwiające. Może z tym wnerwiającym troszkę przesadziłem, bardziej irytujące, ale oglądanie i słuchane tego samego kilka razy dziennie dzień w dzień robi się wnerwiające a momentami wkurwiające. Na szczęście mam ASOT i dzięki temu mogę się wyluzować i odstresować. Zdaję sobie sprawę, że tym co tu napiszę mogę się narazić kilku osobom, które zauważą opis swojego zachowania, ale no coż, takie jest życie i ideałów nie ma.
Numero uno. Zakładanie że Fizol umie i się nauczył. Jest koło (było ich sporo) przed każdym podhcodziły do mnie różne osoby z przekonaniem, że jestem obryty, wszystko umiem i jestem w stanie napisać wszystko bez małego zająknięcia nawet. Otóż nie, niegdy tak nie było i niegdy tak nie będzie. Owszem są przedmioty z którymi mi jest dobrze, które wchodzą do tej mojej pustej głowy. Ale są takie które mi zupełnie nie leżą i sam korzystam z pomocy innych. Dobra powiecie, że sam podchodze np do Kisiela ze stwierdzeniem, że on wyszstko umie. Na Boga, nie zakładam, że on umie wszystko, tylko że korzystająć z jego pomocy coś mi zaświta, czasem wystarczy jedno słowo żeby odświerzyć pamięć, a jeżeli nie wie, no to trudno, zdarza się. A jeśli mam być szczery sam ze sobą i przed wami wszystkimi w tym semestrze umiałem tylko na elektronike, co było widać, a jednak napisałem tylko na 7 pkt, więc nawet zakładając, że moja wiedza jest ogromna z czegoś można się na tym przejechać.
Numero Due. Jęczenie i narzekanie, że nic się nie umie, a potem trzaskanie kół na zajebiste oceny. Nienaidze tego. Błaganie o litość. Płaszczenie się i próba zwrocenia na siebie uwagi. Skoro nic nie umiem, to jest to tylko i wyłacznie moja wina i inni nie muszą z tego powodu wysłuchiwać niczego. A skoro potem jednak się zalicza na dobre oceny to coś mi tu jednak nie pasuje. Pod to podciągne również narzekanie, że sie nie zaliczy przedmiotu, a potem nagle zaliczenie i to jakie. Nie ważne jaki był powod tego zaliczenia, ale takie zachowanie irytuje. Ja tweirdziłem, że moge nie zaliczyć ćwiczeń z mechaniki2 i wiecie co? Nie zaliczyłem. I nie lamentuje z tego powodu, mój błąd, za rok go naprawie mam nadzieję, ale życie toczy się dalej i nie smęce nikomu, że obalałem, że prowadący jest głupi etc etc
Numero Tre. Bycie obkutym i udawanie, że się nie umie. Powiedzie że pisalem o tym punkt wyżej. Nie zupełnie. Chodzi mio to że ktoś kto zawsze jest obkuty (co widać po ocenach) nagle zaczyna sie dopytywać o najprostrze głupoty. No ludzie jeżeli sie nauczyłem i jestem pewny swojej wiedzy, czego dowodzą wyniki, to po kiego grzyba meczyć kogoś kto najprawdopodobniej umie mniej. To raczej odwrotnie powinno wyglądać, ktoś kto nie umie, powienien pytać tego obrytego. Przykład ze mną? Zazwyczaj nie jestem obryty (patrz numero uno), a z elektroniki z chęcią pomogłem jak miał ktoś pytanie, ale sam nie pytalem nikogo o nic, bo skoro umiem to umiem i jestem tego pewny.
Numero Quatro. Brak umiejętności usadzenia dupy na miejscu i nauczeniu sie czegoś. Skoro jest tyle kół ile jest no to sorry nic się z tym nie zrobi i zamiast narzekać na to jak jest źle po kilka godzin dziennie, lepiej usiąść na dupie, porobić zadanka, poczytać notatki, czyli pouczyć się, a może się uda wszystko zaliczyć. U mnie siadanie na dupie utrudniają mecze mistrzostw świata w piłce ręcznej, oglądanie po 3-4 mecze dziennie jednak chyba szkodzi temu. Ale powiedziałem o tym 2-3 razy, że mnie wkurwia czas rozgrywania mistrostw i musze pogodzić 2 sprawy, i nie jęczę o tym więcej
Numero Cinque. Nie ma chyba nic więcej, a jak będzie to wygarne to prosto w twarz, bo owijanie w bawełene też mnie wnerwia.
Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie za wytkniecie waszych wad, nie pisałem szczególnie do jakieś osoby tylko ogólniki ze tego co widze i co mnie irytuje. Powodzenia w nauce i samych zaliczeń kochani.
Nie może sie obyć bez buziaków oczywiście:
Kasia, Kasieńka, Kasiunia, Malczan, Kisiel i Radzio, buziaki kochani:*:*:*
poniedziałek, 1 wrzesień 2008
The Siege
Zacznę od tego jak to było z tą F1. Był rok 1996. Miałem 8 lat. Rodzice musieli jechać gdzieś na weekend i odstawili mnie na 2 dni u chrzestnego. pierwsza rzeczą jaka nie po raz pierwszy rzuciła mi się w oczy to plakat (a może to był kalendarz, już nie pamiętam) kuzyna z Miką Hakkinenem. Kuzyn co nieco mi wyjaśnił nt. tego sporu i w niedziele razem zasiedliśmy obejrzeć wyścig. Było to GP Portugalii na Estoril, po sprawdzeniu (bo znów pamięć zawodzi) był to przedostatni wyścig sezonu. Ale to co mnie zainteresowało to pewien niemiecki kierowca. Niejaki Michael Schumacher, wyścig ukończył jako 3. Wujek mi powiedział że jest 2-krotnym mistrzem świata, ale że przeniósł się w tym sezonie do Ferrari bo chciał więcej wyzwań. Na tyle na ile taki mały szczyl rozumie technikę jazdy i inne aspekty jazdy, spodobało mi się to co on 'wyprawiał na torze'. Stwierdziłem że będę mu kibicował. Niestety sam nie miałem okazji w tamtym czasie zbyt wielu wyścigów oglądać, więc kibicowanie kończyło się na przeglądaniu gazet i szukaniu czegokolwiek o F1, wyników, opisów etc. Sezon 1997 skończył się fatalnie bo Michael został ukarany za nieczyste zagranie względem J. Villeneuve'a. Ale mnie to nie zraziło i pozostałem wiernym kibicem. Rok 1999 przyniósł przełom. Rodzice zamontowali mi satelitę i mogłem (o ile nie były zakodowane) obejrzeć sobie wyścigi na niemiecki RTL lub włoskim RAI. W końcu miałem okazję być bliżej sportu, który tak mnie zainteresował. I okazało się, że mój idol miał wypadek na Silverstone, złamał nogę i nie mógł wystartować w 6 wyścigach. Stracił tym samym szansę na tytuł. Zastąpił go wtedy Mika Salo. Ale co ważne Michael powrócił w pięknym stylu i pomógł zespołowi wywalczyć pierwszy do ponad 20 lat tytuł mistrzowski konstruktorów. Mniej więcej od tamtej pory znaczenie zespołu było dla mnie na tym samym poziomie co Michael. Nadeszła hegemonia Ferrari, co mnie cieszyło. Michael wygrywał wyścig za wyścigiem, tytuł za tytułem. W 2004 F1 zawitała na polska stację, w końcu miałem polski komentarz, jednak radość z tego faktu nie trwała zbyt długo, gdyż poziom był żałosny. W 2004 również zaczęto wydawać w Polsce F1Racing, poziom o niebo albo nawet 3 lepszy od tego co w TV. Teraz oprócz zainteresowania i oglądania moglem zagłębić się w nowinki techniczne, zrozumieć lepiej ten sport. Pomimo słabego sezonu 2005, nie odwróciłem się ani od zespołu ani od Michaela. Niestety po dobrym sezonie 2006 Michael zdecydował zakończyć karierę, powody nie są do końca jasne, plotki mówią, że Luca di Montezemolo (szef koncernu Ferrari) tak bardzo chciał mieć w zespole Kimiego Raikkonena (który nie chciał jeździć w zespole z Michaelem, który wiadomo byłby nr 1 w zespole), że 'namówił' go do przejścia na emeryturę. Trochę łez się polało. W końcu odszedł człowiek dzięki któremu zainteresowałem się tym sportem, przez lata stał się dla mnie niemal bogiem. Drugiego takiego nie będzie. Michael odszedł, odszedł w pięknym stylu (GP Brazylii '06), brakowało mi go, ale zostałem z Ferrari, w końcu to zespół jest najważniejszy, w co od lat już z resztą wierzyłem. W między czasie w F1 pojawiło się 2 kierowców którzy w pewien sposób mi se spodobali i zacząłem po cichu im kibicować, byli to Jenson Button i Kimi Raikkonen, miałem też nadzieję, że któryś z nich będzie kiedyś jeździł w Ferrari, najlepiej razem z MiSzCzem. Moje marzenia nie do końca się spełniły, ale częściowo jednak tak, Kimi jest w Ferrari. Obecnie lista kierwców którym kibicuje w taki czy inny sposób jest trochę dłuższa (oczywiście nie licząc kierowców Ferrari): Button, Vettel, Rosberg. Jest też skład zespołu który uważam za idealny dla Ferrari patrząc na to co kierowcy sobą prezentują, i niestety wchodzi tam kierowca którego nigdy nie lubiłem, ale cóż, Scuderia najważniejsza - Alonso i Vettel. Z pewnych powodów nie chce Kubicy w Ferrari, mimo, że cenię go jako kierowce, i kibicowałem mu kiedy jeździł jeszcze w Formule Renault, Formule 3 i World Series by Renault. Jednak po tym jak dostał sie do F1 ten sport stracił na swej wyjątkowości. Pojawiło się w Polsce oczywiście od razu wielu znawców (jak to zawsze bywa, jeśli nasi rodacy odnoszą sukcesy - skoki, siatka, ręczna, i także F1). i nie chce żeby nagle z dnia na dzień przybyło Ferrari 30mln pseudofanów, tylko dla tego, że jeździ tam Kubica, dla mnie byłoby to jednoznaczne z bezczeszczeniem tego zespołu z wspaniałą historią i jedynego w stawce, który startował od pierwszego wyścigu Mistrzostw Świata Formuły 1 w 1950 roku na Silverstone.
Nie będę również ukrywał, że zagłębiałem się głeboko w historię tego tak bliskiego mi sportu. Znalazłem tam wielu wspanałych kierowców, możnaby wymieniać wielu. Niktórzy wogóle nieznani, o innych czasem ktoś wspomniał, a jeszcze inni sa na usach wszystkich. Ci których darzę szczególna sympatia i szacunkiem to Alberto Ascari - 2-krotny mistrz świata z Ferrari w latach '50, Jim Clarck - również dwukrotny mistrz świata, zawsze wierny Lotusowi i doskonale rozumiejący się ze swoim szefem Colinem Chapmanem, Alain Prost - 4-krotny mistrz świata, odwieczny rywal Ayrtona Senny. Oczywiście takich ludzi jak Juan Manuel Fangio czy Ayrton Senna darzę wielkim szacunkiem, bo wiele znaczyli dla tego sportu. jednak były względy dla których nie są u mnie najwyżej notowani. Fangio potrafił kilka razy w ciągu sezonu zmieniać samochód. Został 5-krotnym mistrzem świata. Niektórzy te zmiany uznają za niesamowity wyczyn, że potrafił jeździć wszystkim, dla mnie to trochę brak lojalności, ale o zmarłych nie powinno się źle mówić. Na pewno był wielkim kierowcą i należy mu sie szacuek. Jeżeli chodzi o Sennę to tu sprawa wygląda inaczej. Uznawany przez niektórych za najlepszego w historii. W pewnym momencie kariery zwrócił się przeciwko swojemu mentorowi, Alainowi Prostowi i toczył z nim zacięta walkę wewnątrz zespołu McLaren (Prost namówił Denisa żeby siciągnął Sennę i pomógł mu się zaaklimatyzować w zespole).nie podoba mi sie to w jaki sposób sie za to odwdzięczył. Zginął tragicznie w 1994 roku na torze w Imoli i był ostatnim zmarły podczas wyścgu kierowcą w F1. I bez wątpienia był kimś wielkim. Wszystkich odsyłam do YouTube'a można tam znaleźć wiele ciekawych filmów z wymienionymi kierowcami w roli głównej. Widać na nich niesamowity kunszt i nadzwyczajne umiejętności prowadzenia samochodu wyścigowego.
Wracając do mojej miłości do Scuderii Ferrari to chce powiedzieć tylko jedno, chciałbym mówić o sobie autentico tifosi. A brakuje mi do tego tylko wyjazdu na GP Włoch i kibicowania tam na miejscu, na torze tak ważnym dla Scuderii i innych tifosi, na Audotromo Inernazionale di Monza. Najstarszym zamkniętym torze wyścigowym (wcześniej wyścigi odbywały się na drogach publicznych).
Ciekawi Was też pewnie kim u diabła są Ci cali tifosi, to pozwolę sobie zacytować Wikipedię: "Tifosi to określenie kibiców Ferrari w Formule 1. Są oni znani za ich miłość do tego teamu, co zasługuje na uwagę tym bardziej, że większość innych kibiców kibicuje raczej pojedynczym kierowcom aniżeli teamom. Tifosi to ikona Formuły 1. Podczas Grand Prix Włoch, (a jeszcze niedawno i podczas Grand Prix San Marino) znajduje się ich bardzo wielu; są oni ubrani na czerwono, mają flagi Ferrari i siedzą głównie na trybunie głównej." Myślę, że nie muszę tego
komentować.
I to tyle jeżeli chodzi o moją historią związana z F1, jeżeli macie jakieś pytania, pytajcie, z chęcią na nie odpowiem :)
Teraz czas na to jak się stałem fanem czerwonych diabłów. za to odpowiedzialny jest również wcześniej wspomniany kuzyn. Jako dziecko często tam bywałem, zwłaszcza że kuzyn miał
komputer, którego ja wtedy nie posiadałem. Miał też taka fajna grę FIFA 98 Road to World Cup (czy to nawet jeszcze FIFA97, wiem, że to był przełom 96/97) , ale nie wiedziałem kim zagrać, kuzyn zasugerował Manchester United. On fan Newcastle, jego straszy brat
fan Chelsea, więc o lidze angielskiej co nieco już wcześniej słyszałem. I za każdym razem gdy grałem w owa Fifę u niego grałem Manchesterem, z czasem obejrzałem kilka meczy z udziałem ManU, zaintrygował mnie młodziutki piłkarz, niejaki David Beckham. Jak nie mogłem obejrzeć meczu mojej nowej drużyny (tak nowej, wcześniej byłem kibicem Juventusu, bo cała klasa w podstawówce była) to czasami kuzyn mi przywoził na kasecie VHS i moglem zobaczyć diabełki w akcji. Jakieś półtora roku później pamiętny finał Ligi Mistrzów, a wcześniej półfinał ze wspomnianym wcześniej Juventusem. Pamiętam jak po pierwszym, zremisowanym u siebie meczu (1:1), koledzy śmiali się ze mnie , że z taka gra United nie ma szans w drugim meczu. Ale diabełki pokazały klasę wygrywając 3:2 i awansując do finału, a koledzy zwrócili honor mnie i 'mojej' drużynie. Z czasem sam miałem już kompa i sam mogłem zagrać u siebie diabłami. Dzięki zamontowanej satelicie, miałem też szerszy dostęp do meczy ligi angielskiej. I mimo zmiennego zaangażowania w zainteresowania grą diabełków (czasem mniej lub bardziej chciało mi się szukać meczy i oglądać), cały tylko czas im kibicowałem. A od zeszłego roku dzięki kuzynowi, oglądam niemal każdy mecz przez internet, więc nie mogę narzekać na brak kontaktu z grą diabełków
W 3 części chce napisać jak się zmieniało moje zaangażowanie w sport i w różne dyscypliny.
Kiedy bylem jeszcze małym chłopcem biegałem po podwórku za piłka kopaną, z czasem nawet w czerwonej koszulce z nr 7 i napisem Beckham. W szkole z kolei udało mi się raz zakwalifikować do szkolnej drużyny w biegach przez przeszkody, ale jak mi poszło już nie pamiętam. Ale wracając do mojej gry w piłkę w tamtym czasie, to na podwórku swoim raczej biegałem za piłka,
rozgrywałem i strzelałem bramki (jeszcze w gimnazjum wychodziłem z chłopakami pokopać 'gałe'), jednak w meczach miedzypodwórkowych i międzyklasowych w szkołach grałem jako bramkarz i muszę przyznać, że bylem w tym całkiem niezły. Kolega grający w Śląsku nawet mi sugerował, że powinienem się tam zapisać i wyszlifować swój bramkarski talent. Ale ja dalej grałem tylko na podwórku i w szkole. W gimnazjum moje zainteresowania gra przeniosły się bardziej w stronę kosza i siatki, na czym ucierpiały nierozwijane a przed wszystkim nie używane zdolności bramkarskie. O ile swoja siatkarską grę zacząłem rozwijać w liceum, to poszedłem do XV LO jako dobrze rzucający z dystansu koszykarz, może nie byłem dobry w trikach czy omijaniu przeciwnika, ale byłem szybki i potrafiłem celnie rzucać 'za 3'. W liceum też powoli wracałem do gry na bramce w nogę. Szybko sobie przypomniałem jak to się robi i zostałem zauważony przez wuefistów, którzy skierowali mnie na SKS ..... w ręczna(!). Jako nowy reprezentant szkoły musiałem się przestawić szybko z gry koszykarskiej w bardziej twardą gre w piłkę ręczną. Musiałem też zmienić technikę rzutu. Od tamtej pory w kosza gram słabo. Początkowo grałem na prawym skrzydle, tam jednak łapałem często faule, a moja budowa i siła spowodowały, że stałem się kołowym i na tej pozycji się rozwinąłem. Mało fauli (tzn mnie faulowali często, ale ja już nie robiłem tego tak często), nawet jakieś brameczki weszły. Niestety moja kariera w szkolnej reprezentacji została zaprzepaszczona kontuzja kolana, której nabawiłem się grając w kosza:/ Zacząłem coraz więcej czasu siedzieć na ławce, aż w końcu skończyło się moje granie w reprezentacji szkoły. Pocieszeniem są 2 srebrne medale (Wrocław i strefa 04/05) i jeden brązowy (Wrocław 05/06) no i nagrody za reprezentowanie szkoły w tej dyscyplinie. cały czas jednak grałem też w siatkę. Zaczynając liceum byłem średniakiem a w 3 klasie stałem się nawet kandydatem do reprezentacji, jednak moja absencja na SKS spowodowała, że nie zostałem wzięty, mimo to od czasu do czasu chodzę gdzieniegdzie pograć w siatkę, zazwyczaj pod okiem wfisty/trenera siatkówki. Było w planach nawet zorganizowanie drużyny na otwarte mistrzostwa Wrocławia, jednak nie udało się zorganizować pełnego składu, pierwszy skład mieliśmy na prawdę dobry, owy trener stwierdził nawet, że mielibyśmy szanse już w pierwszym roku awansować do 1 ligi, a potem tam walczyć o środek tabeli lub nawet play-offy. Niestety brak jakichkolwiek zmienników sprawił, że plan się nie powiódł. Ja miałem grac jako rozgrywający lub atakujący. Do tego doszła też kontuzja kostki, i nie moglem grać przez 3 miesiące, wiec moje umiejętności trochę siadły, i nigdy już nie wróciłem do gry, chociaż były 2 próby, ale się poddałem. Może niedługo znów spróbuję.
No ale rozpisałem się o 'suchych' sportach, a nie wspomniałem nic o dyscyplinie, która zajmowała u mnie zawsze 1 miejsce, mianowicie pływanie. Jako, że bylem dość chorowitym dzieckiem, nie moglem za młodu chodzić na basen. Jednak kiedy się już uodporniłem, od 4 klasy podstawówki, zacząłem 2 razy w tygodniu chodzić na basen. Rozwijałem się, poprawiałem styl,
chodziłem coraz częściej, aż będą w liceum, mój trener zasugerował mi przeniesienie się do sekcji pływackiej, gdyż tam będę mógł się lepiej rozwinąć i może powalczyć na zawodach. Wiązało się to z treningami codziennie o 5.45 rano, ale w końcu było to tak ważne dla mnie pływanie. Niestety byłem juz za stary żeby osiągać jakieś rewelacyjne rezultaty, ale ciężko pracowałem i udało mi się odnieść kilka sukcesów na mistrzostwach licealistów jako reprezentant swojej szkoły. w roku 04/05 płynąłem 50 grzbietem (wtedy mój koronny dystans) zajmując 6 miejsce, ze strata ok 1,5 sek do zwycięzcy i 200 zmiennym, jednak moja kondycja była wtedy na nie najwyższym poziomie i byłem 12 na 16 płynących ten dystans, co gorsze przy żabie (moim i tak najsłabszym stylu) złapał mnie skurcz, kto wie gdyby nie to, może byłoby kilka pozycji wyżej. po zawodach razem z trenerem zdecydowaliśmy, że będę 'męczył' kraula. I na zawodach 05/06 stratowałem na 50 grzbietem i 100 dowolnym. Niestety spaliłem nawrót przy 50 grzbietem i o wyniku nie będę lepiej mówił. Spiąłem się i wszystkie siły chciałem wydobyć z siebie na dystansie który przecież od roku trenowałem. Jednak zdarzyło się coś co pokrzyżowało mi szyki. Byłem jakieś 2-3 miesiące po kontuzji kolana, ale wszystko wskazywało na to, że jest już dobrze. ale nie było, przy skoku za bardzo przeciążyłem jak się okazało ciągle osłabione mocno kolano i odnowiła się kontuzja, nie bylem w stanie płynąc dalej. Patrząc potem na wyniki to mogłem z czasem osiąganym na treningach wejść na podium, a gdybym popłynął dając z siebie 120% nawet mógłbym wygrać, ale cóż, nie ma co płakać na rozlanym mlekiem. Kiedy wróciłem już do jako takiej sprawności zacząłem trenować do grzbietu, gdyż skokiem ze słupka nie chciałem ryzykować kolejnej kontuzji kolana. W styczniu '07 odechciało mi się jednak wstawać o 5 rano, zwłaszcza, że przede mną była matura. I na kwietniowe zawody pojechałem bez odpowiedniego przygotowania. Osiągnięte wyniki pokazały mi tylko, że gdybym przez te 4 miesiące trenował miałbym medal. 6 na 50 grzbietem (znowu) strata 1,3 sek, i 5 na 100 grzbietem, strata 2,5 sek, co ciekawe ten drugi dystans płynąłem cały czas w okolicach 6-7 miejsca, ale wszyscy mówili, że miałem niesamowity finisz, sam nie mogłem uwierzyć w to, zwłaszcza, ze nie miałem super kondycji ani formy wtedy. Od tamtej pory nie pływałem już wyczynowo. Co prawda myślałem o powrocie do sekcji w trakcie 2 semestru studiów, gdyż pozwalał mi na to plan, jednak zbyt przeraziła mnie godzina 5.00 rano (a właściwie w nocy) na pobudkę, zwłaszcza, że o tej porze to ja często wracałem z imprez, ale na pewno ciekawie by było iść bezpośrednio po imprezie na trening.
Może się przemogę i wrócę na sekcję od tego roku szkolnego lub zapiszę się na wf na pływanie. Póki co wracam do formy na rowerze i siłowni, a czas pokaże co się stanie. Pewnie znów zacznę chodzić na siatkę w piątki i soboty, może da się też zmotać ekipę i wynająć halę, jak to już w zeszłym roku bywało. Na wf pewnie zapiszę się na ręczną, więc wypadałoby zadzwonić lub przejść się do trenera. No chyba, że na wf zapisze się na pływanie, ale wtedy będę musiał zrezygnować z ręcznej, którą w liceum dosyć bardzo polubiłem.
Chciałem tez dokładniej opisać mój stosunek do 'polskiego stylu kibicowania' ale to przy okazji jakiejś imprezy sportowej się zrobi. tak wiem była Olimpiada to czas jak najlepszy, jednak ten wpis chyba i tak jest już wystarczająco długi.
Kochani, dzięki za przeczytanie i gratuluję dotrwania do końca. mam nadzieję, że udało mi się rozwiać w niektórych z Was wątpliwości co do mojego kibicowania. Jak juz mowiłem na wszelkie pytania z chęcią odpowiem. A na koniec tradycyjnie już pozdrowienia dla wszystkich i buziaki dla moich kochanych studencików i przyjaciół (kolejność dowolna i przypadkowa):
Kasia, Kasia, Jasiu, Malec, Radek, Kisiel, Aleks, Maciek, Natalia, Aśka, Adrian, Rafał, Kuba, Szymon, Serek, Cinek, i pomimo tego małego konfliktu Dominika też, no oczywiście wspomnieni w tekście, Jacek i Przemek, jak i Wujek Staszek, i nie mógłbym zapomnieć o wracającej do Polski Agatce.
BUZIAKI KOCHANI:*:*:*
czwartek, 21 sierpień 2008
Thirty-Eight Minutes
kilka dni się poobijałem i miałem dość. Czasem odwiedziłem Majówe i poniekąd dzieki niej zacząłem chodzic na siłownie, no i tradycyjnie rowerek.
Jedyne co zaliczyłem ostanio to grill u Gerwa i nie powiem, pozytywnie:D
dobra lipa stracilem wene, nie wiem co dalej napisac
buziaki mysiepysie
a szczególne dla Kasieńki, Majóweczki i Malczana:*
poniedziałek, 4 sierpień 2008
Home
Ledwie zaliczyłem semestr i poszedłem do roboty, tej samej co rok temu, zrywanie brzoskwinek i wszystko inne co się z tym wiąże (plus pielęgnacja chryzantem). Tyle dobrego że pracę umilały mi 3 wspaniałe dziewczyny. Oprócz nich miałem 2 współpracowników. Pierwszy, Patryk, był dziwna postacią, omkły nieogarnięty i pobił mnie w obijaniu się w pracy, ostatecznie Patryk wyleciał z roboty. W następnym tygodniu pojawił się nowy, Michał, praca z nim była bradzo przyjemna, pogadać, pośmiac się, nie nudził sie człowiek przynajmniej, ale sam zrezygnował. Gdy skonczyło się zrywanie, skońcyzła się również współpraca z dziewczynami. I teraz jestem niemal sam, poza szefem i zawsze obecnym panem Leszkiem.
Przez caly ten czas troche mi dziwnie, bo nie ma nikogo dookoła, a zawsze było wokół mnie pełno ludzi. Porozjeżdzali sie, albo też pracują i nie ma jak ani kiedy sie spotkać. Kasieńka pracuje na Cyprze, Majówka była na wakacjach nad morzem, teraz ma pracować koło mnie więc będzie mi juz lepiej, Malczan w jUKeju na zarobku, Radzio pracuje, Jasiu też (pracuja razem jak sie okazało), Patka też racuje, tyle że ona u siebie w Kło, Dominika (kótra się fochnęła na mnie) pracuje też gdzieś u siebie pod Wałbrzychem, a co z reszta nie mam nawet pojęcia.
Na wrzesień planuje zebrać kilka osób i pojechać nad morze, ale zoabczymy co z tego wyjdzie, narazie czekam aż ludziska powracają lub skończą robotę, na 90% pojadę juz tradycyjnie do babci na wioskę, odpocząć od cywilizacji i 'pobawic się' w rolnika.
Co do zmian, hmmmm..... tutaj nie chcę pisać za wiele, któ ma znać szczegóły ten juz je zna. W kazdym razie Fizol nie będzie już zawsz takim wiernym i oddanym 'psem', zwłaszcza jak się go nie szanuje. Przynajmniej mam nadzięję, że mi sie to uda, ale wiem już że mam pełne wsparcie Malca co daje mi wiele nadziei, a jak będzie zobaczymy w przyszłości.
Cały czas się zastanawiam nad tym jaka wybrac specjalizację i co wziąć na wf. Niby w specjalizacji jestem zdecydowany na lotnictwo, ale jako że chcę się zając w przszłości samochodami wyścigowymi to bedę miał dużo niepotrzebnej mi wiedzy (poza aero, cfd (płyny), cadem i pkm niewiele mi się przyda). A co do wf cały czas to samo pływanie/siata/ręczna, pływanie i siata maja grupy zaawansowane czyli coś dla mnie, ale dawno w ręczna nie grałem, a z graniem w siate i z pływaniem nie bedzie problemów (no może poza zmuszeniem sie od wstawania o 5 rano żeby na trening tego drugiego poejcahć) o tyle w ręczna nie ma gdzie i z kim pograć. Cholercia nie wiem :S
I cały czas mam zamiar być bogatym starym kawalerem, lub jak mi się uda znaleźć ropę, szejkiem w Dubaju z dużym haremem. Cóż marzenia piękna rzecz. A o tyle dobrze, że udało mi sie rozwiązać problem mojego fatalnego zauroczenia :D
To by było na tyle.
Buziaki kochani:*,
szczególne dla moich Kasieniek:** i Malca :**
piątek, 4 lipiec 2008
Hide And Seek
Już po drugim semestrze, zleciał szybko, ale miejscami nerwowo, zwłaszcza pod koniec grunt że wszystko zaliczone, no ale po kolei.
Zaczęło się spokojnie, bezstresowo, ale było pewne, że trzeba się będzie trochę uczyć bo z wielu przedmiotów kratówki na każdych ćwiczeniach (chemia lab, płyny ćw, mechanika ćw, terma ćw, i pod koniec semestru fizyka lab). Cóz mogę powiedzieć o prowadzących jedni milsi drudzy mniej, niektorzy nie do zniesienia (vide Scherwentke). Laborka z chemii była o tyle dziwna, że za kazdym razem prowadzący byl inny, ale szczególnie zapamiętałem tę pierwszą, kiedy to poradzący potłukł apotem zdeptał trochę sprzętu. Ćwiczenia z płynów i z mechaniki, miałem z tym samym panem, dr P. Szulcem, osobnik dość ciekawy, sympatyczny, pozytywnie nastawiony do studenta. Ale naszej grupie w pamięć zapadła pierwsza kątówka szczególnie, po której padło pytanie pana dr: "Trudne było". Zgodnie odpowiedzieliśmy, że tak, skomentował tylko: "i miało być". Na szczęście kolejne kartkówki były juz łatwiejsze. Gorej sprawa wyglądała z prowadzącym wykład z tychże dwóch przedmiotów. Prof dr hab inż K Wójs (człowiek który ma więcej liter przed imieniem niz za) prowadził te wykłady w sposób nudny, nieciekawy pozbawiony logiki (raz zastąpił go dr Szulc i różnica była kolosalna), sprawdzał obecność na wykładach i od tego w dużej mierze zależało zaliczenie, wiec trzeba było chodzić i do tego koła były straszne, ale zaliczyłem je na 3,0 :D Analiza 2, ćwiczenia cudne z panią mgr P. Frej. Po tym co przeżyłem w 1 semestrze bylem gotowy na coś równie strasznego, ale moje obawy okazały się niepotrzebne, spokojnie zdobyte 4,5 bez problemowo przepisane przez dr Orłowskiego (tak tego samego z którym miałem wykład z anala 1, ale na wykłady nie chodziłem właściwie, poza kilkoma wyjątkami, więc nie musiałem się za dużo męczyć). I tu tez się musze pochwalić, otóż okazało się że nie jestem takim dennym człowiekiem do tłumaczenia czegoś innym, coś w stylu korepetycji dla cudownej Dominiki okazało się owocne i ona również zaliczyła na 4,5. Terma i ćwiczenia i wykład bardzo przyjemne, wykładowca dr S Pietrowicz to znawca języka japońskiego (Mazur coś dla Ciebie), ćwiczenia zaliczone na 5 z panią dr E. Pelińska-Olko i teoretycznie ocena mial być przpisana (przez cop byłbym zwolniony z koła wykładowego, ale pojawiła się komplikacja w postaci dopytki, musiałem lecieć do domu po notatki na wszelki wypadek, żeby udowodnić, że chodziłem na wykłady etc bla bla bla, no ale szczęśliwie razem z Dominika zaliczylismy:D). Materiałoznawstwo to cięzka przeprawa, nudne wykłady, niezrozumiałe z dr S. Frydmanem. Egzamin z tego to była porażka, pokazywanie na palcach która odpowiedź dała mi 3 z gwiazdka(*), która oznaczała dopytke z wrażliwego tematu, gwiazdkę dostali też Malec i Natalia, początków sądziliśmy ze mamy z Malcem takie same prace (delikatna współpraca, czyt mówienie Malcowi na ucho odpowiedzi), ale to nie było to.no ale nasza trójeczka to przebrnęła, choć Malec z małymi problemami. Fizyka 2. Laborka ciekawa i miła dla oka przez pół semestru. Pani mgr M Dzik naprawdę mila dla oka, dla studentów już trochę mniej ale nie ma co narzekać. Czasami były zastępstwa z dr L Chludzińska, która genralnie olewała sprawka i protokoły i wszystko zaliczane bez patrzenia, jednak Pani mgr Dzik przykładała się do sprawdzania, ale tylko jedno sprawko oddane do poprawy dostaliśmy z Malcem (co ciekawe jedyne które robiliśmy razem, resztę Fizol robił sam). Wykład z Fizyki, na który generalnie nie chodziłem, zazwyczaj się uczyłem gdzieś na termę kończył się egzaminem, z którym wiąże się ciekawa historia. Otóż Fizol pierwszego nie zaliczył, poszedł się wykłócać, oczywiście praca była nie sprawdzona (ale tego można się było po nim spodziewać) i nic to nie dało (3,5 pkt, zaliczenie od 4) poprawkowy, znów Fizola nie ma na liście (co przewidział) i znów poszedł się wykłócać, tym razem były 3 pkt ( co ciekawe za temat który przepiałem ze ściągi dostałem 0 pkt) i po chwili dyskusji nt tego ze to znów na styk bla bla bla prof Nowak poprosił mnie o indeks, zobaczył Fizykę 1 i laborke a ze były to 4.0 to zrobił się bardziej przychylny chwile poschylał i mi zaliczył na 3.0, tak więc oblewając oba egzaminy zaliczyłem fizykę i wychodzi na to, że ndst+ndst=dst :D. Na koniec zostawiłem sobie najprzyjemniejsza część. Po tym jak miałem zaliczona TI za certyfikaty, myślałem że podobnie będzie z Pakietami użytkowymi, tak się jednak nie stało. Jednak od razu narzuciłem sobie wysoka poprzeczkę uznając że cokolwiek poniżej 5.0 byłoby moja osobista porażka i tak się spiąłem, że głównie dzięki programowaniu (worda i excela też ładnie zaliczylem ale dodatkowo dużo pracowałem z VB) wyrobiłem sobie 5,5 (celujący) i mam dzięki temu cała gamę ocen pozytywnych w indeksie:D. Tyle o życiu czysto naukowym.
Drugi semestr dzięki dobrej pogodzie sprzyjał wypadom na miasto. Był urodziny Fizola w saloniku (i Fizol zaklinował się w kajdankach które dostał), potem miało być senso, ale się nie dogadaliśmy po łaziliśmy po mieści i ostatecznie zostałem z Dominika w od zmierchu, a restza poszła gdzie indziej i tez się rozdzielili.Wtedy zaczęły się tez plotki że kręcimy ze sobą (Dominika i ja) co postanowiliśmy trochę wykorzystać, podpuszczać najbardziej zaintrygowanych i mieć przy tym dobrą zabawę, co nam się doskonale udawało. Był tez większy wypad do NoName, po którym plotki nabrały na sile (nie chce mi się opisywać wszystkich szczegółów z tamtej nocy, zwłaszcza że nie wszystkie pamiętam) Były grille na Tekach kiedy to bylem wykorzystywany jako poduszka i grzałka xD (i nie narzekam, mi się tam podobało) I jeszcze kilka mniejszych bardziej kameralnych wypadów (z Dominika, Patka, Kasieńką, Malcem). Były wspólne rowerki z rożnymi osobami, ale generalnie sam więcej jeździłem. ale wydarzeniem semestru były niewątpliwie Juwenalia. Dzięki Malcowi zdobyłem taniej bilet na Noc Klubowa w Hali Stulecia, zajebista muza, zajebista zabawa, niezapomniane przeżycia. Nawet popijawa u Landryny przed wyjściem była syta. Nie umiem tego opisać słowami, tam trzeba było po prostu być.
Dużo się jeszce działo ale jednak pamięć zawodzi, co jeszcze pamiętam, że jak jechaliśmy z Dominika na rowerach po wpisy z Chemii to mieliśmy mała stłuczkę na rowerach (czyt. wjechała we mnie jak skręcałem mimo że pokazałem jej 3 razy że skręcamy) i trochę się poobdzierałem.
Doszedłem również po kilku przemyśleniach do jednego wniosku który wyrażę posługując się statystyką. Statystycznie na jedna starą pannę przypada jeden szczęśliwy mężczyzna. Będę szczęśliwym mężczyzną (i tu zwracam się do Dominiki: i nie zadowalam się byle czym).
Jednak wystąpiły pewne komplikacje ostatnio w moim postanowieniu, otóż zauroczyłem się w pewnej dziewczynie, i co gorsze w niewłaściwej, może kiedyś napiszę więcej. Oprócz tego że wiem że z tego nic nie będzie to sam chyba nie chcę żeby coś z tego było.
Aha i bym zapomniał, bo niektórzy nie chcą wierzyć:
Oficjalnie dementuje plotkę, że jestem lub byłem z Dominiką P. Nie tworzymy żadnego związku opartego na wyższych uczuciach. Zainteresowanym dziękuje za uwagę.
A na koniec tradycyjnie buziaki dla wszystkich wymiennych :*
a dla pominiętych gorące pozdrowienia.
Miłych wakacji kochani:)
poniedziałek, 11 luty 2008
Hot Zone
Pierwsza sesja za mną, teraz mogę powiedzieć, że jestem pełnowartościowym studentem. Przepraszam wszystkich którym zrobiłem na złość zaliczając obie matmy w pierwszym terminem, wiem, że się takie osoby znajdą (myślę tu o 2 osobach, a o kim to już zostawię dla siebie). Sesja sama w sobie jest dość ciekawym doświadczeniem, niby człowiek ma już wolne, tylko iść na egzamin i zaliczyć, ale nie jest to takie proste. Większość tego wolnego czasu poświęcałem na naukę a mimo to zostałem zaskoczony stopniem trudności obu egzaminów. Jednak nie dałem się i wszystko pozaliczałem, z mniejszą lub większą pomocą punktów zdobytych na kołach etc, ale jednak sie udało i jestem z siebie zadowolony. Niestety humor musiał mi trochę zepsuć malec który wyłożył się na kreski i analizę i nawet nie podszedł do kredek i do poprawki z analizy. Stary wiesz, że życzę Ci jak najlepiej, ale musisz się wziąć w garść i zacząć zapierdalać, żeby wszystko uciągnąć. Trzymam kciuki mocno za Ciebie, nie zjeb tego.
Od tygodnia mam już ferie (choć nie znając wyników i nie będąc pewnym zaliczenia trochę zacząłem powtarzać), więc większość czasu spędzam na obijaniu się i załatwianiu niedokończonych spraw, lub tego co mnie najzwyczajniej w świecie goni. Wyciągnąłem rowerek, kilka krótkich kursów, i to wystarczyło do zauważenia, ze kondycja nie ta co kiedyś, szybko się zmęczyłem więc trzeba się wziąć do roboty. Któregoś dnia (chyba sobota) zrobiłem sobie mały test sprawności mojej kostki, nie jest to to samo co przed kontuzją, ale mogę już wrócić do gry, najpierw na spokojnie a potem
zobaczymy może znów zagram na 110% możliwości. Zostaje mi tylko znaleźć odpowiednią okazje do gry.Na ostatni czwartek umówiłem się z Kasią na łyżwy, ale straciłem rachubę czasu i na umówione miejsce poszedłem w środę, moje szczęście, że Kasia miała wolne i mogła też iść,a le pech w tym wszystkim, najpierw weszliśmy to złego autobusu i przejechaliśmy się z powrotem na miejsce w którym sie spotkaliśmy, a potem się okazało że lodowisko zajęte przez jakaś szkółkę i wolne będzie dopiero za jakieś 1,5 godziny, więc jak dobrze pójdzie to na łyżwy w drugiej połowie jej ferii. Jak wracaliśmy, rozmawialiśmy o studniówce na której byłem z Patrycją, Kasia mówiła o filmie, na którym jak zwykle zrobiłem z siebie idiotę i chcąc się jej postawić delikatna ją szturchnąłem (przypadek, mało wyjść tylko postawienie sie), więc sorry Kasieńko. A z ta studniówką wiąże się inna ciekawa historia. Ustawiłem się wcześniej z Serkiem i Malcem, że jak dadzą rade to wpadną na parę chwil. I wpadli tak po pierwszej, ale że ochrona pilnowała drzwi to trzeba było wciągać ich przez okno w kiblu. Z Malcem poszło gładko i szybko, ale Serek był wyzwaniem ponad moje siły. Ostatecznie wciągaliśmy go w trójkę (Malec, ja i jakiś przypadkowy koleś z kibla xD). Zdjęcie przedstawia nas chwile po tym jak wciagałem chłopaków. A sama studniówka, super zabawa.
Podczas egzaminu z kresek pomagałem Maćkowi przez Skype'a robić rysunki, ale niestety nie zaliczył chyba. Dzień wcześniej siedziałem z Kuba nad rysunkami i on chyba też nie zaliczył, nie wiem, pecha przynoszę czy co?
Zbliża się drugi semestr, więc ludzie życzliwi, życzcie mi powodzenia, ale pamiętajcie też o Malcu Serku i całej reszcie moich ziomków i ziomalek (Aleks, Aśka, Natalia, Kisiel, Tomek, Adrian, Rafał, Szymon, Kuba, Radek, Maciek, Huzar i t chyba wszyscy, jak o kimś zapomniałem to sorry, aha, a Juby sie poddał dożo wcześniej, ale też pamiętajcie o nim) . A Ci co mi źle życzą, niech się wypchają xP.
Buziaki dla Kasi i tradycyjnie już dla mojego Malca(xD);*;*;*
I gorące pozdro dla wszystkich których wymieniłem w całym tekście powyżej
Do zobaczenia w przyszłości
sobota, 12 styczeń 2008
Sanctuary
Tym razem coś znalezione w sieci, coś co mi dało wiele do myślenia i częściowo pokrywa się z moimi przemyśleniami na pewne tematy. A następnym razem będzie coś mojego;)
Słowami guru mojej młodości, Jacka Kleyffa z niezapomnianego “Salonu Niezależnych”:
Przychodzą do mnie różni ludzie / i patrzą tak, jak na raroga / chcą mnie wyleczyć albo pognać / dać aspirynę, bo gorączka
Kiedyś przychodzili osobiście, z flachą. Teraz, w wyniku rozwoju technologii, głównie przez internet. Patrzą mi głęboko w oczy za pomocą kamery podłączonej do Skype. Pytają z nadzieją w głosie “a kiedy wrócisz do Ojczyzny?”, “kiedy wpadniesz na wakacje?” . Mrugają z oburzeniem, gdy sucho odpowiadam - “czyjej Ojczyzny?” albo “wakacje mam zamówione w Nowej Zelandii”.
W zeszłym miesiącu minęło mi pół życia spędzonego na emigracji. Teraz już z górki. Za oknem ocean. Siedzę u siebie - we własnym domu, przy własnym biurku, w Australii, moim kraju, który ćwierć wieku temu jak najdosłowniej dał mi jeść, kiedy byłem głodny, i dach nad głową, kiedy byłem bezdomny, niczego ode mnie nie żądając w zamian. Na ekranie komputera mam polską prasę, w niej sceny jak z “Króla Ubu” - w Polsce, czyli nigdzie. W tle muzycznym - Edith Piaf i szum oceanu.
Wyjeżdżało się - kto przez Niemcy, kto przez Grecję, kto przez Traiskirchen - w innych czasach. W innej fazie życia. Na emigracji zajęliśmy się swoimi sprawami - praca, studia, życie, rodzina, dom, dzieci. A teraz na czyjeś życzenie - szydercze, albo i w dobrej wierze wypowiedziane - miałbym to wszystko cisnąć w kąt i popędzić do dziwnego kraju na drugim końcu świata, żeby tam jeszcze raz zaczynać wszystko od początku? A z jakiego właściwie powodu? Bo tam nadal mają “Latarnika” w spisie lektur szkolnych? Bo tam właśnie ojciec matkę, wiele lat temu?
Co z tego? Ojciec i matka nie żyją. Przyjaciele lat młodości dawno zajęli się wlasnymi sprawami. Ja mam całkiem inne priorytety niż 25 lat temu. Mile wspominane lata studenckie już nie wrócą. Długonoga brunetka z akademika na Placu Narutowicza, moje najlepsze wspomnienie z PRL, ma dziś żylaki, dorosłe dzieci i męża alkoholika. Twarz ma o dziesięć lat starszą niż jej - i mój - rzeczywisty wiek. Dla moich dzieci, Polska jest egzotyczna jak Uganda. Z tym, że kiedy byłem dwa lata temu w Ugandzie, to nikt tam nie rzucał w moją strone mrocznych aluzji, że jak się Ugandzie tak spodoba, to ugandyjska straż graniczna mnie bez ugandyjskiego paszportu z powrotem do domu nie wypuści, bo maja takie jedno ugandyjskie prawo, które im na to pozwala.
Po co zatem właściwie miałbym “wracać do Ojczyzny”?
Żeby się tam dać obłupić specom od odłączania gotówki od sarenki? Wrócić z kraju, w którym nie ma dowodów osobistych ani systemu meldunkowego - do kolejek w urzędach, które musiałbym kolejno przekonać, że choć nie mam PESELu, NIPu, PITu, dowodu osobistego, polskiego paszportu, meldunku ani książeczki wojskowej, to istnieję? Że nie jestem wielbłądem? Że żadne podatki wstecz się ode mnie nie należą, bo ostatnie 25 lat to nie był żaden ‘okres czasowego przebywania za granicą’?
Żeby odbyć spowiedź generalną u majorów z WKU i błagać o rozgrzeszenie i przeniesienie do rezerwy? A jak nie wybłagam, to odsiedzieć dwa lata w więzieniu - za swoje postanowienie sprzed ćwierć wieku, że prędzej wyemigruję z Polski, niż zgodzę się maszerować na Paryż czy Kopenhagę ramię w ramię z bratnią Armią Radziecką, przysiągłszy jej braterską lojalność.
Pomimo członkostwa NATO, polska armia jest nadal poborowa. Nie było i nie ma w Polsce ani abolicji, ani przedawnienia zbrodniczego czynu uchylania się przed 1989 rokiem od służby w Ludowym Wojsku Polskim, armii członkowskiej Układu Warszawskiego. Generałów i pułkowników jest w Polsce podobno więcej niż w razem wziętych armiach Niemiec i Francji. Podległość powszechnemu obowiązkowi obrony przedłużono ostatnio do 60 roku życia. W militarystyczno-patriotycznej atmosferze kraju, WKU albo mi odpuści, albo mi nie odpuści, a jakoś nie mam ochoty rozsztrzygać tego dylematu drogą eksperymentu na własnej rzyci.
Zamieszkać w kraju, gdzie nikogo nie interesują realia, a wszystkich tematy zastępcze? W kraju, w którym wre permanentna debata o sposobach rozwiązywania problemów, jakie tu rozwiązano przed pierwszą wojną światową? Żeby dostarczać rozrywki miejscowemu gówniarstwu moją nieporadnością w ich rzeczywistości - taką samą, jak ich nieporadność w mojej?
Żeby za jakiś czas zacząć filantropijnie wręczać polskiemu fiskusowi 40% swojej skromnej, ciężko zapracowanej australijskiej emerytury, aby państwo miało z czego płacić górnikom za to, że przestaną tłuc szyby? Zamienić leżak we własnym ogrodzie, w przyjemnym klimacie, na niedogrzane mieszkanie z ‘przeciwwłamaniowymi’ drzwiami jak w fortecy, z potrójnym zamkiem jak w areszcie, w śmierdzącym bloku, z obesraną windą, na niebezpiecznej ulicy? Z sentymentu zamieszkać w mieście kiedyś rodzinnym, gdzie wielu dziś żyje tylko myślą, komu by tu dać w ryj i skroić mu telefon?
Zarobić się na śmierć podczas desperackich prób robienia interesów w jednym z najmniej przyjaznych interesom krajów świata, w konkurencji z dobrze ustawionymi macherami, znającymi się jak łyse konie z czasów, kiedy byli razem w młodzieżówce PZPR, i rozmaicie numerowanych departamentach MSW? Czy też zarobić się na śmierć usiłując znaleźć i utrzymać pracę w kraju agresywnych, płaskogłowych gówniarzy około trzydziestki, którzy wszystko wiedzą lepiej, a jak chcą się zabawić, to się zabawiają wyrzucaniem na śmietnik ludzi po pięćdziesiątce?
Wszystko to przy akompaniamencie chihotu życzliwych rodaków, których nic tak nie cieszy, jak to, że ktoś inny w gówno wdepnął?
Równie dobrze ktoś mógłby mnie namawiać, żebym się przeniósł do Ugandy i tam zainwestował oszczędności calego życia w produkcję trampek dla słoni. On wtedy będzie z tego miał radochę, Uganda pieniądze, słonie trampki, a ja zostanę z furą gnoju.
I to by chwilowo było tyle w temacie maci, czyli tzw. więzi Wychodźstwa z Macierzą. Macierz, jak słyszę, powołuje dziś wielodyscyplinarne grupy robocze do spraw Polonii przy kancelarii premiera. Te grupy mają doradzić Macierzy, jak by tu wykręcić, żeby emigranci Warszawy słuchali, Warszawie płacili, oraz na każdy gwizdek dla Warszawy działali jako jej piąta kolumna, olewając swoje własne obowiązki obywatelskie wobec krajów, gdzie żyją od dziesięcioleci. Ale o tym kiedy indziej. Na razie, moja wyczerpująca odpowiedź wszystkim życzliwym, sugerującym mi powrót. Taka sama, jak generała Cambronne na propozycję kapitulacji:
- Merde!
Pozdrawiam i zapraszam do komentowania